Skąd mamy ten skład, dlaczego nie stawiamy przy nim oświadczeń i gdzie kończy się rola suplementu
Zacznijmy od pochodzenia składu, bo ono rozstrzyga, ile ta lista jest warta. Na butelce Trichonexu nie ma tabeli składników: wszystkie cztery zdjęcia opakowania, którymi dysponujemy, pokazują tę samą przednią ściankę z nazwą, słowami „suplement diety” i rysunkiem włosa. Tylnej ścianki nie widzieliśmy, nie ma jej w materiałach z żadnego innego kraju, a w polskich sklepach i rejestrach preparat pod tą nazwą nie występuje. Lista składników pochodzi więc z jednego miejsca: z karty oferty, którą producent przekazuje dystrybutorom razem z opakowaniem. Podajemy ją, bo jest to deklaracja samego producenta, i mówimy wprost, że nie jest to odczyt z etykiety.
Karta oferty wymienia biotynę, cynk, selen, krzemionkę pochodzącą z ekstraktu ze skrzypu polnego, palmę sabałową oraz „witaminy z grupy B” — bez wskazania, które to witaminy. I tu zaczyna się rzecz dla tej kategorii najważniejsza. Biotyna, cynk i selen mają w unijnym rejestrze oświadczeń zdrowotnych wpis o pomocy w zachowaniu zdrowych włosów, ale takiego oświadczenia wolno użyć dopiero wtedy, gdy porcja dzienna niesie znaczącą ilość składnika, czyli co najmniej piętnaście procent referencyjnej wartości spożycia. Trichonex nie podaje przy tych składnikach ani miligramów, ani mikrogramów, ani procentu referencyjnej wartości spożycia — ani na etykiecie, ani w karcie oferty, ani nigdzie indziej. Bez tej liczby nie mamy podstawy, żeby oświadczenie przytoczyć, więc wymieniamy biotynę, cynk i selen z nazwy i nie dopisujemy do nich żadnego działania. Oświadczenie i tak przysługiwałoby konkretnemu składnikowi, nigdy marce.
Pozostałe pozycje nie miałyby oświadczenia nawet z podaną ilością. Skrzyp polny (Equisetum arvense L.) i palma sabałowa (Serenoa repens (W. Bartram) Small) nie mają w unijnym rejestrze ani jednego dopuszczonego oświadczenia zdrowotnego; nie ma go też krzemionka. Opisujemy je zatem tak, jak wolno: która to roślina i w jakiej postaci występuje w preparacie. Nie przypisujemy im działania ani wprost, ani przez sąsiedztwo zdań, ani zwrotem „wiadomo, że…”. To samo dotyczy kolagenu i keratyny, które pojawiają się w reklamach tego preparatu: również one nie mają dopuszczonego oświadczenia zdrowotnego, a w karcie oferty producenta w ogóle ich nie ma.
Osobno i najmocniej: łysienie androgenowe i łysienie plackowate to choroby. Rozpoznaje je i prowadzi lekarz — dermatolog, w razie potrzeby po badaniach krwi i trichoskopii — lekami o udowodnionym działaniu. Suplement diety nie ma właściwości leczniczych: nie cofa łysienia, nie budzi mieszków włosowych, nie zatrzymuje wypadania włosów i nie zastępuje leczenia ani wizyty u lekarza. Reklamy Trichonexu twierdzą co innego, pokazują zdjęcia „przed i po” oraz odsetki odzyskanych włosów; nie powtarzamy tych zdań i nie zastępujemy ich łagodniejszymi. Nagłe, gwałtowne wypadanie włosów, ogniska gładkiej skóry bez włosów, wypadanie z zaczerwienieniem, bólem lub łuszczeniem skóry głowy to powód do wizyty u dermatologa, a nie do zamówienia suplementu — bo za takim obrazem stoją choroby, których z samego wyglądu nie da się odróżnić.
Nazwa też nie jest argumentem. Cząstka „tricho-” pochodzi od greckiego thrix, trichos, czyli włos, więc sama nazwa sugeruje działanie, którego suplementowi diety obiecywać nie wolno. Traktujemy ją jak to, czym jest: nazwę handlową, a nie opis mechanizmu. Nie rozwijamy jej, nie tłumaczymy jej na deklarację o włosach i nie budujemy na niej ani jednego zdania o działaniu preparatu.
Zostaje więc to, co zostaje: suplement diety w kapsułkach, sześćdziesiąt sztuk w butelce, o składzie znanym z nazwy i nieznanym co do ilości, w cenie 149 zł za pełne opakowanie. Suplement diety jest środkiem spożywczym uzupełniającym codzienną dietę — tu jego rola się zaczyna i tu się kończy.