Dlaczego preparat z „libido” w nazwie ma skład z półki prostaty i czego nie napiszemy o cynku
Zacznijmy od nazwy, bo to pierwsza rzecz, którą widać. Libidomatic jest znakiem towarowym i niczym więcej — nazwa handlowa nie jest opisem działania i nie będziemy jej tu rozwijać ani tłumaczyć. Jedyne zdanie o przeznaczeniu, jakie producent wydrukował na froncie, to cytowane wyżej wskazanie grupy odbiorców po angielsku. Mówi ono, do kogo produkt jest adresowany, i tyle: nie jest oświadczeniem zdrowotnym z unijnego rejestru i nie traktujemy go jak oświadczenia.
Teraz skład i to, skąd go mamy. Zdjęcie, którym dysponujemy, pokazuje wyłącznie front i grzbiet pudełka — panelu informacyjnego nie widać, więc nie odczytaliśmy go z opakowania i niczego z niego nie rekonstruujemy. Dziewięć nazw pochodzi z opisu produktu LIBIDOMATIC N20 (oznaczenie handlowe LBDM20) w sklepie prowadzonym przez właściciela marki, łotewską spółkę RSA Group SIA z Rygi; ten sam wykaz, w tej samej kolejności, powtarza się we wszystkich wersjach językowych tej strony. To deklaracja podmiotu, który wprowadza preparat do obrotu, więc podajemy ją jako skład — ale z podpisem, skąd jest, bo „z opisu producenta” to inne źródło niż „z panelu informacyjnego opakowania”.
Warto powiedzieć wprost, co z tych dziewięciu pozycji wynika, a co nie. Cztery z nich — owoc palmy sabałowej, korzeń pokrzywy, nasiona dyni i likopen — to zestaw, który w Polsce kojarzy się z półką prostaty, i to on, a nie nazwa, decyduje o tym, gdzie ten preparat u nas stoi. Żaden z tych czterech składników nie ma w unijnym rejestrze dopuszczonego oświadczenia zdrowotnego; wnioski dotyczące palmy sabałowej i gruczołu krokowego zostały rozpatrzone odmownie. Piszemy więc, czym te substancje są — wyciąg z owoców palmy, wyciąg z korzenia, wyciąg z nasion i karotenoid występujący głównie w pomidorach — i na tym kończymy. Tak samo traktujemy buzdyganek naziemny, L-glutaminę i glicynę: to wyciąg roślinny i dwa aminokwasy obecne w codziennej diecie, bez dopuszczonego oświadczenia.
Zostają dwa składniki, przy których rejestr coś przewiduje: cynk i witamina E. I tu trzeba być precyzyjnym, bo właśnie po to zdanie wielu czytelników przychodzi. Oświadczenia z rejestru — w tym to o utrzymaniu prawidłowego poziomu testosteronu we krwi przy cynku — wolno użyć dopiero wtedy, gdy porcja dzienna dostarcza znaczącą ilość składnika, czyli co najmniej 15% referencyjnej wartości spożycia. Producent nie publikuje ani miligramów, ani procentu RWS: nie ma ich na widocznej części opakowania i nie ma ich w żadnej wersji językowej jego własnego opisu. Rozumowanie „skoro deklaruje cynk, to ilość musi być znacząca” jest argumentem, a nie liczbą. Dlatego wymieniamy cynk i witaminę E z nazwy i nie stawiamy przy nich żadnego oświadczenia — ani o testosteronie, ani o czymkolwiek innym.
Na koniec o tym, czego tu nie będzie. Przerost gruczołu krokowego, jego zapalenie i zaburzenia erekcji to rozpoznania, które stawia lekarz po badaniu; suplement diety ich nie leczy, nie zastępuje diagnostyki i nie skraca drogi do niej. Jeśli objawy ze strony układu moczowego utrzymują się, potrzebna jest wizyta, a nie zakup. Polskie wyniki wyszukiwania dla tej nazwy to natomiast kilka niemal identycznych stron z wymyślonymi opiniami, gwiazdkami i zapewnieniem o „wyłącznej umowie z producentem”; jedna z nich nazywa preparat kroplami, choć w kartoniku są kapsułki, jedna zaleca jedną kapsułkę dziennie, inna trzy. Trzy sprzeczne wersje z jednego szablonu to nie potwierdzenie, tylko trzy domysły, i żadnej z nich nie przepisujemy. Orbifarm jest przy tym sklepem z suplementami diety i kosmetykami, a nie apteką, i tego preparatu nie prowadzą sieci apteczne — skąd się go bierze, opisujemy osobno, na stronie o tym, gdzie kupić.